niedziela, 3 kwietnia 2016

Sara i jej słodkie 16 :)



Turkusowe niebo pozwala na chwilę zapomnieć o kruchości ludzkiego życia.
Palmy dumnie wachlują powietrze nad naszymi głowami.
Uczucie beztroskiego, tunezyjskiego lata z naszą pierwszą, kilkumiesięczną córeczką.
Błogość przerwana jednym krótkim telefonem, że to już, że przegrał walkę,
no bo, aby żyć, trzeba chcieć, a on już jest bardzo zmęczony...
Szybki powrót do Polski, do rodzinnego domu, a raczej do szpitala,
gdzie podobno sprowadzają tylko beznadziejne przypadki pacjentów.
Wśród nich mój Tata, który powoli odchodzi na tamtą stronę.
Nie może zobaczyć małej Mimi, więc ogląda zdjęcia swojej ukochanej "tancereczki".
Przygląda mi się dziwnie i w końcu pyta: "A czy ty przypadkiem nie jesteś w ciąży " ?
Obrażam się na niego prawie śmiertelnie, a w tym wymiarze słowa te mają naprawdę metafizyczny sens.
Jak to, przecież właśnie zaczynam chudnąć po pierwszej ciąży, jestem pięknie opalona,
zrelaksowana po miksowaniu zupek w tunezyjskich hotelach,
nasycona miłością tunezyjskiej rodziny, jaka ciąża ???

Po weekendzie Tata umiera w domu, a mnie się udaje usłyszeć jego ostatnie tchnienie przez telefon...
Coraz częściej mam ochotę na herbatę, bez której dotychczas mogłam żyć,
ciągle chcę jeść owsiankę, a po niej zawsze sięgam po...mięso.
A więc jednak, słowa Taty były prorocze.
Pewnie odchodząc w zaświaty widział rzeczy, które przysłania nasz materialny świat.

Kilka tygodni przed porodem pakuję życiowy dobytek, próbuję okiełznać biegającą już i obijającą się o meble Mimi oraz ...torbę z ekwipunkiem do szpitala.
Mąż urządza tunezyjski dom ( Hammam Sousse, Rue du Rekin - brzmi zachęcająco ), a ja postanawiam powitać moje dziecko w tamtejszej klinice ( Clinique les Oliviers - też nieźle ).
Mimi zostaje z ukochaną Mamą, ja usuwam drabiny i resztki farby w kąt, wdycham śródziemnomorskie powietrze w domu otoczonym ukochanymi bougenwillami w odległości 50 m od plaży.
Pomimo nieziemskich widoków i bliskości najukochańszego mężczyzny po czasie jednak zmieniam zdanie
i wracam do Polski. Cóż, kobieta w ciąży zmienną jest...

Na miesiąc przed porodem mam problemy z wejściem do samolotu.
Nie, żebym się nie mieściła, choć mój ciążowy balon jest naprawdę imponujący.
W końcu wypełniamy formularz, że "siódmy miesiąc", "ciąża bliźniacza" ( Boże uchowaj !) i ...lecę.
Przy turbulencjach i lądowaniu prawie rodzę, ale mojej córeczce na szczęście nie spieszy się z przyjściem na ten cudowny świat.
Kiedy nadchodzi wyczekiwany termin, nic się nie dzieje.
Niepokoi to lekarza, który zaprasza mnie do szpitala, gdzie przez najbliższe dni wysłuchuję rodzących z całej okolicy.
Nie, to zdecydowanie nie jest dobra motywacja do przyspieszenia porodu.
Na nic zdają się moje tłumaczenia, że czekam na znak, na jakikolwiek sygnał z góry. Nie wierzy mi, że mam "tam" pewne układy i nie omieszkam ich wykorzystać.
Nagle jest, a raczej unosi się dumnie nad cmentarzem ( tak, to widok z mojego szpitalnego okna ),
chyba pierwszy bocian, który pojawił się nad miastem.
Dodam tylko, że rzecz się dzieje 3 kwietnia w imieniny Ryszarda, mojego Taty.
Witamy na świecie małe blond cudo o imieniu Sara.
Maleństwo o nietypowo jasnej karnacji, dalekiej od rodziców, wzbudza niemałe zainteresowanie.
Skutecznie blokujemy szpitalny telefon, siostra ( nota bene pielęgniarka z tutejszego oddziału noworodków )
z Mamą, swoimi dziećmi i moją Mimi wracają biegiem do szpitala, choć dopiero przed chwilą mnie opuścili,
szczęśliwy Tata przylatuje na drugi dzień z Tunezji i jako jedyny paraduje przez miasto w samej koszuli
( w błękitnej, mój przystojniak ), a tu nagle ziąb, no bo w końcu kwiecień - plecień.
Szalone początki z moją nowo narodzoną córeczką, drugim maleństwem stojącym przy szpitalnym łóżku i czekającym na potwierdzenie: "Tak, to twoja siostrzyczka" i z najcudowniejszym mężem przy boku.
Zaczynamy kolejny rozdział życia...

Sara ( kazała mówić na siebie Taja ), Sarunia, Saruchna, Saruchna, Saruśka, Saruś, Tajuchna,
była najsłodszym, najpogodniejszym i najbardziej otwartym na ludzi dzieckiem.
Cały samolot wiedział, że z wakacji wiozę barana ( spokojnie, w kawałkach ), ale ona najbardziej lubi polskie "totleciki". Łapała nas za słowa, w zaskakujący sposób kojarzyła fakty,
najszybciej z nas układała hasła w scrabble i odgadywała kalambury.
Z pasją  grała z młodszym bratem we wszystkie planszówki i w karty.
W hotelach czytała mu książeczki i wymyślała zabawy w wodzie.
Ze swoją starszą o rok siostrą "Niunią" spędzała całe dnie na udawaniu syrenek i Barbie,
ale i sama potrafiła zaaranżować zabawę w pojedynkę, odwracała krzesła i robiła zjeżdżalnie dla swoich zabawek albo podskakiwała podśpiewując "hopa siupa".
W arabskich hotelach była pierwszą uczestniczką wieczornych animacji i klubowych tańców.
Zawsze woziłam dla swoich córeczek specjalne stroje na wieczorne występy.
Kiedy byliśmy z mężem aktywni zawodowo, często zostawała u mojej Mamy,
gdzie trzymała wystawkę z naszymi zdjęciami, a na jednym z nich była królowa Rania z mężem i dziećmi.
Tak nas widziała i to był dla mnie wielki komplement, a jednocześnie powód do płaczu,
bo bardzo za nią tęskniłam.

Dzisiejsza Sara to uparciuch ( w końcu zodiakalny Baran ), z mocnymi postanowieniami,
że jak już coś zaplanuje, to się tego nauczy.
Ma bardzo cięty język i specyficzne poczucie humoru ( to rodzinne ).
Ma niebywałą cierpliwość i wolę nieustannej, ale konstruktywnej walki.
Pomimo dwukrotnego gipsu ( ręka i noga ) nie poddała się i nadal grała z pasją w piłkę nożną.
Przez lata trenowała swojego brata i uczyła go tajemniczych trików.
Była wyjątkowo łaskawa na wszystkie "Siaja pokaz", "Siaja jak" czy "Siaja zlób ".
Obecnie miłość do Realu ( obie wzdychałyśmy do Ronaldo na płycie Narodowego ) została na ścianach pokoju i przerodziła się w pasję do rapu ( napiszę RAP-u, bo mnie zabije ),
a szczególnie do dziwnego dla mnie zjawiska pod tytułem Nicki Minaj.
Sara wspaniale rapuje po angielsku, ( ja bym się przy tym co najmniej opluła ), pisze mądre piosenki i choć nie nadążam za jej upodobaniami muzycznymi, to muszę przyznać, że jej teksty są naprawdę fucking good.
Marzy o studiach w Ameryce i chwilami myślę, że ze swoim pozytywnym nastawieniem i upartością
pewnie jakimś cudem jej się to uda.

Moja córeczka jest piękną, wysoką dziewczyną o nietuzinkowej urodzie ( w końcu pół Tunezyjka ),
roześmianych oczach i wspaniałych, długich lokach, które z koloru mąki nabrały barwy miodu.
Nie szuka na siłę przyjaźni, nie zabiega o znajomości,
niekiedy woli swoją samotnię, gdzie oddaje się muzycznej pasji.
Niekiedy efekty tej miłości są dość głośne, ale dzięki temu jestem na bieżąco z muzycznymi trendami.

W dniu Jej 16-tych urodzin przesyłamy życzenia najgłębszej miłości.

P.S. Nie gniewaj się za to zdjęcie.





sobota, 2 kwietnia 2016

Sałatkowy lunch z jajkiem, kurczakiem i papryką


Kiedy jest tak pięknie jak dziś
i nic nie powstrzyma eksplozji wiosennej zieleni,
mam ochotę na lekki lunch,
który będzie zapowiedzią nadchodzących w kuchni zmian
i powrotu do radośniejszej strony życia.
W takim przypadku doskonale sprawdzi się sałatka z bogatymi,
sycącymi dodatkami,
która śmiało może zastąpić weekendowy obiad.
Nadciąga fala słonecznych dni,
a ich siła, jak co roku o tej porze,
wprawi mnie w stan euforii.
Jakoś wszystko samo się w życiu ułoży, samo posprząta,
samo ugotuje,
nic tylko czekać na zmiany,
a tyle razy się przekonałam,
że możliwości wizualizacji i afirmacji są nieograniczone.
Nawet teraz, jak sobie tak zerkam na tę kolorową misę sałaty,
to sama do siebie się uśmiecham
i czuję powiew pozytywnych zmian.

 Sałatkowy lunch z jajkami, kurczakiem i papryką

 Składniki:

opakowanie kolorowych sałat
pół piersi z kurczaka
4 jajka przepiórcze
4 duże kawałki papryki konserwowej
oliwa
2 łyżki sosu sojowego
pół łyżeczki cukru
sól, pieprz

Piersi z kurczaka kroję na podłużne kawałki, solę, pieprzę i podsmażam na oliwie z dodatkiem sosu sojowego. Po wyjęciu mięsa wsypuję pół łyżeczki cukru, mieszam na patelni i wrzucam kawałki papryki konserwowej. Po jej wyjęciu dolewam 1/4 szklanki wody i mieszam z sosem do lekkiego odparowania. Na półmisku układam kawałki sałat o różnynej strukturze i kolorze, na wierzchu układam kawałki mięsa i papryki oraz polewam powstałym na patelni sosem. Na koniec układam połówki ugotowanych na twardo przepiórczych jajek.








piątek, 1 kwietnia 2016

Żeberka w sosie miodowo - sojowym


Na świąteczny obiad podałam żeberka.
Było to życzenie mojego najmłodszego dziecka,
syna, który od najmłodszych lat przejawiał szczególne zainteresowanie konkretnym mięsem.
Nie tam jakimś zwyczajnym, ale porządnym kawałkiem z kością.
Tak więc na jego życzenie pojawiła się również zalewa sojowo-miodowa.
Nawet z nim nie dyskutowałam.
W końcu chłopak zna się na rzeczy (smaku).
Niedługo planujemy powtórkę,
ale tym razem z ukochaną baraniną.
Możliwe, że następne żeberka będą grillowane,
bo nadciąga ciepłe powietrze,
a popołudniowe słońce już dzisiaj przyprawiało niemalże o zawrót głowy.

Żeberka w sosie sojowo - miodowym

Składniki:

pół kg żeberek z cielęciny lub wieprzowiny
4-5 łyżek ciemnego sosu sojowego
2 łyżki miodu
kawałek startego imbiru
2 duże ząbki czosnku
5-6 łyżek oleju
sól, pieprz

Mięso kroję na kawałki i umieszczam w misce z zalewą. Odstawiam na kilka godzin w chłodne miejsce.
Następnie układam mięso w formie do pieczenia i piekę przez ok.30 min w temperaturze 180 stopni. Na koniec podpiekam kawałki żeberek na kratce z piecyka i włączam funkcję grilla. Temperaturę zmniejszam do 120 stopni i pozostawiam mięso przez kolejne 10 min.
Gotowe, zrumienione żeberka podaję z sałatką ziemniaczaną i rukolą w sosie vinegret.










czwartek, 31 marca 2016

Zielony koktajl na poświąteczne porządki


Codziennie mam zapewnioną dawkę kuchennych odgłosów zza ściany.
Sąsiadka co drugi dzień uderza tłuczkiem w mięso na kotlety.
Chwilami myślę, że to wcale nie o przygotowania do obiadu chodzi,
a jedynie o pretekst do wyżycia się na rzekomo nieznośnym mężu.
U nas z kolei ciągle słychać kuchenne urządzenia.
Wiecznie coś się miksuje, podgrzewa, blenduje, paruje,
sieka, podsmaża, wypieka.
Przez ostatnie dni swoją aktywność zwiększył blender.
Czuć nadciągającą z oporem wiosnę,
a szczególnie widać ją w panoszącej się na blatach zieleni.
Żartujemy, że niedługo zaczniemy miksować i popijać trawę z pobliskiej górki.
Jakby co, to dopiero leniwie kiełkuje, ale któż wie...

Bananowy koktajl z jarmużem

Składniki:

3 banany
2 kiwi
garść jarmużu
pół szklanki wody
szklanka mleka
ewentualnie łyżeczka trzcinowego cukru
lub łyżka miodu









środa, 30 marca 2016

Pieczona biała kiełbasa w sosie z harissy


Kiełbasy za często u nas w domu nie uświadczysz.
Na pewno nie dołączymy do chlubnych statystyk zjadaczy
tego polskiego specjału.
Jednak w okresie wielkanocnym i tuż po nim robimy wyjątek.
Otóż mianowicie mam małego wielbiciela białej kiełbasy.
Lubi ją w wersji najprostszej, prosto z parującej wody,
bez dodatków, bez pieczywa (!),
ot, prawdziwy miłośnik.
Tym razem jednak dodałam kiełbasie trochę ostrości
i podpiekłam ją w piecyku.
Polecam Wam gorąco taki zestaw na kolejne zachwianie pogody.

Pieczona biała kiełbasa w sosie z harissy

Składniki:

2 kawałki białej kiełbasy
1 łyżka harissy
1 łyżeczka koncentratu pomidorowego
oliwa z oliwek
szczypta soli

W miseczce mieszam harissę z koncentratem, 3 łyżkami oliwy, połową szklanki wody i szczyptą soli. Mieszam wszystkie produkty i sos wlewam do żaroodpornego naczynia. Do sosu wkładam ponacinaną kiełbasę. Piekę ją w temperaturze 180 stopni przez ok. 30 min. W międzyczasie polewam kiełbasę sosem i dodaję odrobinę wody. Pod koniec pieczenia dodaję ewentualnie sadzone jajko.
Pieczoną kiełbasę podaję ze smażonymi ziemniakami z dodatkiem majeranku.












niedziela, 27 marca 2016

Moja rodzinna Wielkanoc


Święta wielkanocne oznaczają dla mnie początek wiosny
i duchowego odrodzenia.
Z czołowych pozycji w szafach znikają zimowe swetry i wełniane szale,
czerwone dodatki odchodzą w zapomnienie,
na otwartych półkach pojawiają się odcienie zieleni z żółcią.
Wazony zapełniają się tulipanami i słonecznymi żonkilami,
a w stronę wiosennej jasności pręży się świeżo posiana rzeżucha.
Okna nabierają blasku,
a pomysły na dania krążą wokół nadchodzących świąt.
Czekam na ten czas nieopisanej nadziei,
aby zacząć wszystko od nowa,
zanurzyć się w śpiewie stęsknionych za ciepłem ptaków
i sięgnąć granic szaleństwa.

Z takimi uczuciami zasiadłam dzisiaj do wielkanocnego śniadania.
Po raz kolejny okazało się,
że nieważny jest zestaw dań,
lecz atmosfera przy stole i kolejna uroczystość spędzona w zdrowiu i szczęściu.

Wam też życzę tak miłych i rodzinnych chwil w czasie Wielkanocy.










sobota, 26 marca 2016

Kartoffelsalat, czyli sałatka z ziemniaków w mundurkach


Co powiecie o parujących ziemniakach w mundurkach
zatopionych w chłodnym sosie jogurtowym ?
To połączenie doskonałe i na tyle lubiane przez nas,
że i tym razem zagości na naszym świątecznym stole.
Ulubiona przez naszych zachodnich sąsiadów Kartoffelsalat
doskonale nadaje się do wszelkiego mięsiwa,
a równie dobrze może stanowić oddzielne danie.
Istnieje wiele wersji tej nieskomplikowanej sałatki,
ale ja mam swoją opracowaną od lat.
Ugotowane w łupinach ziemniaki parzą moje palce,
ale lubię ten moment połączenia ich z delikatnym sosem.
Z chęcią dodaję szczypiorek i czerwoną cebulę,
bo to w końcu typowe elementy oznajmiające nadejście wiosny.
Sałatkę ziemniaczaną pewnie jeszcze często zobaczycie u mnie
w towarzystwie mięsa z grilla,
a tymczasem dzisiaj zapraszam na jej wielkanocną odsłonę.

Kartoffelsalat w sosie jogurtowym

Składniki:

5-6 niewielkich ziemniaków
1 cebula
szklanka jogurtu naturalnego
1 łyżka majonezu
2 ząbki czosnku
sól, pieprz

Ziemniaki czyszczę pod bieżącą wodą szczoteczką, dzielę je na pół i gotuję w osolonej wodzie do miękkości. Po lekkim ostudzeniu obieram je ze skórki i kroję na plastry. Dodaję pokrojoną w drobną kostkę cebulę. Wcześniej przygotowuję sos z jogurtu z  niewielkim dodatkiem majonezu oraz soli i pieprzu.
Pokrojone ziemniaki polewam chłodnym sosem jogurtowym.
Sałatkę podaję jako oddzielne danie lub dodatek do pieczonego mięsa.