To będzie nietypowe podsumowanie minionego roku,
który do najłatwiejszych nie należał. Jego końcówka upłynęła nam, mnie i córce, na pieczeniu ciasteczek. Od połowy listopada zaczęłyśmy analizować, jakie rodzaje upieczemy. Postawiłyśmy na niemiecką klasykę ( Vanillekipferl, Engelsaugen, Mandelhörnchen ), ale i na wiele nowych, eksperymentalnych rodzajów. Przez cały okres przedświąteczny w mieszkaniu unosiła się cudowna mieszanka wanilii, cynamonu, goździków i pomarańczy. Jeszcze intensywniej pachniały prażone orzechy, migdały czy wiórki kokosowe. Nawet jeśli pandemiczna rzeczywistość i brak śniegu nie wskazywały na święta, my je dzięki wspaniałym zapachom mieliśmy zagwarantowane. Bardzo polecam Wam tę formę rodzinnego spędzania czasu. Ile przy tym zabawy, śmiechu, ale i nerwów, kiedy ciasto było zbyt lepkie i uparcie przylegało do blatu. Często przenosiłyśmy pracę do pokoju, aby towarzyszył nam przesłodzony, świąteczny film.
To były najpiękniejsze chwile spędzone razem, a zaowocowały dziesiątkami gatunków ciasteczek, gotowymi do ruszenia w świat. Zgodnie ze zwyczajem zostały zapakowne na ozdobne talerze i do foliowych woreczków i rozdzielone wśród przyjaciół. No, oczywiście poza kilkoma puszeczkami dla nas. Miło się podjadało ciasteczka i pralinki przy blasku choinki i w trakcie maratonów filmowych. Były też doskonałą odmianą po pierogach, śledziach i bigosie.
P.S. Przepisy na poszczególne ciasteczka znajdziecie oczywiście na blogu 😊
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz
Jestem ciekawa Twojej opinii.